Jestem człowiekiem dobrze zorganizowanym

Na początku traktował żeglarstwo jako świetną zabawę i przygodę. Wkrótce stało się nieodłączną częścią jego życia i wyniosło na szczyt. Jednak ani złoty medal olimpijski, ani tytuły mistrza świata nie uszczęśliwiły go tak jak rodzina. O tym, jakim stara się być ojcem, i w czym odnajduje radość, opowiada Mateusz Kusznierewicz. Dużo tu także o odkrywaniu talentów, zdrowej diecie i ostatniej miłości żeglarza.

 

Trzeba przyznać, że jest pan bardzo zapracowanym człowiekiem. Po przejściu na sportową emeryturę z sukcesem odnalazł się pan w świecie biznesu i nowych technologii. Ponadto zaangażowany jest pan w działalność turystyczną i społeczną. Czy w natłoku tylu obowiązków ma pan choć chwilę czasu wolnego? A może nie lubi go pan mieć?

Bardzo lubię mieć czas tylko dla siebie, bo mogę go czymś fajnym wypełnić. Bardzo cenię go w swoim życiu. To chwile, gdy odpoczywam zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Czas, który mogę spędzić z bliskimi. Od dawna kieruję się zasadą work & balance – na pierwszym miejscu jest rodzina, potem to, co mnie interesuje, a zarazem pasjonuje, czyli praca. Robię to, co kocham, ze świetnymi ludźmi i we wspaniałych miejscach. Nikt mnie do niczego nie zmusza. Nie mogę na nic narzekać.

Właśnie mija 20 lat od pana zwycięstwa na igrzyskach olimpijskich w Atlancie. Czy pojawia się mimowolny uśmiech na twarzy, gdy wraca pan do tamtych wydarzeń? Jakie są pańskie pierwsze skojarzenia na myśl o tamtym sukcesie?

Z dużą przyjemnością wracam do tamtych chwil, ponieważ to są tak miłe wspomnienia, że właściwie specjalnie szukam okazji, by się do nich cofnąć. Mógłbym przywołać praktycznie każdy dzień, który tam spędziłem. To są momenty, których się nigdy nie zapomina. A pierwsze skojarzenie? Byłem wtedy bardzo młody. Miałem 21 lat i zostałem jednym z młodszych polskich mistrzów olimpijskich. To, co się stało, było niezwykłe, cudowne i wręcz nieprawdopodobne. Nikt się tego nie spodziewał. Nie czułem żadnej presji, a tu zdarzyła się taka niespodzianka. Piękne obrazy.

Cofnijmy się zatem do czasów, gdy dopiero zaczynał pan swoją przygodę z żeglarstwem. Skąd pomysł, by postawiać na ten nieco niszowy sport? Ktoś pana do niego przekonał czy to był przypadek?

FOT_ARCHIWUM PRYWATNE

Był to czysty przypadek. W maju 1984 roku mama przeczytała ogłoszenie o zapisach na obóz żeglarski i zapytała mnie przy kolacji, czy nie chciałbym się na niego wybrać. Wtedy miałem już w planach obóz harcerski i wyjazd językowy oraz pobyt u dziadków, ale stwierdziłem: „Czemu nie?”. Moi rodzice fajnie mnie wychowywali: widząc, że mam sporo różnych zainteresowań, nie bronili mi za nimi podążać. Chodziłem między innymi na zajęcia ruchowe, kurs majsterkowicza i plastykę, a potem odkryłem, ile przyjemności może mi dać woda, i tak zaczęła się moja kariera.

Młodzi ludzie i woda nie zawsze tworzą bezpieczny duet. Czy rodzice nie bali się, gdy postanowił pan związać się bliżej z tym żywiołem?

Żeglarstwo nie jest niebezpiecznym sportem. Od kilkudziesięciu lat nie było ani jednego śmiertelnego wypadku dziecka na łódce w klubie żeglarskim czy innym miejscu. Oczywiście, obcuje się z naturą i trzeba ją uważnie obserwować. Nie pływa się przecież w trudnych warunkach czy podczas sztormu. Dzieci są pod stałą opieką wykwalifikowanych instruktorów, mają do dyspozycji bezpieczny sprzęt, zawsze noszą kapoki i przeważnie potrafią pływać. Moi rodzice nie mieli więc obaw, że może mi się stać coś złego. Proszę mi wierzyć, że żeglarstwo to bardzo rozwijający sport, który wyrabia u dzieci umiejętności nie tylko fizyczne, ale i kształci wyobraźnię przestrzenną, uczy logicznego myślenia oraz dobrej organizacji pracy. Pewnie rodzice myśleli wtedy – tak jak ja myślę teraz o swoich dzieciach – że na tych zajęciach będę nie tylko świetnie spędzał czas, ale i wyniosę z nich wiedzę, która zaprocentuje później w dorosłym życiu.

U pana niewątpliwie zaowocowały. Po latach zmagań sportowych postawił pan na biznes. Cyfrowa ramka do zdjęć z oprogramowaniem Zoom.me, start-up Eventory, wykłady motywacyjne –  to tylko kilka z podejmowanych w ostatnich latach działań. Czy to doświadczenia ze sportowej rywalizacji pomogły panu stać się tak wszechstronnym przedsiębiorcą?

Nie od razu wiedziałem, czego chcę. Odkrywałem to w sobie stopniowo. Sport nauczył mnie, jak panować nad emocjami, radzić sobie z presją oczekiwań, przyjmować porażki i cieszyć się z sukcesów. Tego wszystkiego uczymy się z czasem i dobrze, że doświadczamy różnych trudności. Żeglarstwo poniekąd zmusiło mnie do radzenia sobie w każdej sytuacji. Musiałem stać się samodzielny, opanowany i precyzyjny, ale i umieć współpracować oraz zaufać drugiej osobie.

Jedną z najważniejszych lekcji, jaką daje sport, jest radzenie sobie z porażką. Czy ma pan jakieś wskazówki, jak się jej nie poddać? Jak przekuć niepowodzenie w sukces?

To proces, który człowiek musi przejść samodzielnie. Nikt nie urodził się z taką umiejętnością. Proszę spojrzeć na nas, dorosłych. Co robimy, gdy coś się nam nie udaje? Dorośli, doświadczeni ludzie najchętniej by się gdzieś ukryli i wypłakali albo byśmy się do kogoś przytulili, poprosili o pomoc i pogadali, co z tym dalej robić. A dzieci? One przeżywają dokładnie to samo. Są to te same reakcje i emocje. Nasze pociechy potrzebują pomocy mamy, taty, dziadka czy wujka, który po pierwsze je przytuli, pokrzepi serduszko, pocieszy, ale i zaangażuje się w problem.

Jeśli już podejmujemy się wykonania jakiegoś zadania, nie zrażajmy się po kilku niepowodzeniach. Osiągniemy cel, a tym samym sukces, jeśli będziemy konsekwentni, pracowici i nie przestaniemy wierzyć w siebie. Przykładowo, jeśli dziecku nie wyjdzie rysunek, nie odkładajmy problemu na bok, tylko zachęćmy go do namalowania kolejnego. Trzeba iść za ciosem. To działa rewelacyjnie, bo dziecko uczy się nie poddawać i wyciąga wnioski z tego, co poszło nie tak. Zaczyna wierzyć w siebie, nakręca się pozytywnie, a przecież o to właśnie chodzi. To zadanie dla rodziców, nauczycieli czy instruktorów – przyjąć rolę pocieszyciela, pokrzepiciela serca, ale i motywatora. Nie podchodźmy też do problemu napięci, tylko wzbudźmy w sobie odrobinę humoru i dystansu. To naprawdę działa.

FOT_ARCHIWUM PRYWATNE

Dosyć późno zdecydował się pan na założenie rodziny. Dziś wielu młodych ludzi odsuwa ten moment z różnych względów, czy to finansowych, czy emocjonalnych. Co spowodowało, że w pewnym momencie kariera przestała być najważniejsza i postanowił pan zrobić ten krok?

Rodzina jest moją ostoją. Dzięki niej jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Nawet gdy w pracy nie wszystko się układa, wiem, że w domu czeka na mnie kochająca żona Iza oraz dwójka fantastycznych dzieciaków. Nie od razu wiedziałem, że tak będzie… Wcześniej wiodłem życie na walizkach. W okresie największej aktywności sportowej poza domem spędzałem średnio 320 dni w roku. Byłem świadomy, że jeśli chcę mieć dzieci, to muszę zmienić styl życia. Na ten krok zdecydowałem się po mojej piątej olimpiadzie, która odbywała się w Londynie. Natasza urodziła się, gdy miałem 35 lat, Maksiu dwa lata później. W dalszym ciągu jestem związany z żeglarstwem, jednak na nieco innych warunkach, na które mogę sobie pozwolić. Założenie rodziny to poważna decyzja, jednak zachęcam młodych ludzi, którzy nie wyjeżdżają daleko i mają w miarę stabilną pracę, by nie odkładali tego w nieskończoność. Rodzina daje mnóstwo satysfakcji, radości i szczęścia, które są fundamentem dorosłego życia.

Co pan najbardziej ceni w swojej żonie?

Mam to szczęście, że Iza jest fajną, normalną, ciekawą życia i mnie osobą. My się po prostu bardzo ze sobą lubimy. Mamy do siebie zaufanie, jesteśmy „do siebie”, a nie „od siebie”, jesteśmy wobec siebie szczerzy. Kochamy ze sobą rozmawiać, opowiadać, co się u nas wydarzyło w ciągu dnia, a nawet poplotkować. Staramy się nie kłócić, rozwiązujemy problemy bez ciśnienia i wzajemnego „podgryzania się”. Rozmowa jest kluczem naszej miłości.

Jak udaje się panu łączyć intensywną pracę zawodową z wychowaniem dzieci?

Planu jako takiego nie mam, jednak jestem człowiekiem bardzo dobrze zorganizowanym. W ciągu dnia wyznaczam sobie chwile, kiedy jestem tylko z moją rodziną. Wtedy nie interesuje mnie telefon, gazeta czy komputer. Takim momentem jest przykładowo śniadanie, podczas którego opowiadamy sobie różne rzeczy, śmiejemy się i miło spędzamy czas. Potem ja odwożę Nataszę do szkoły, a Iza zawozi Maksa do przedszkola. O 17.00 kończę pracę i wracam do domu. Jemy obiad i do 21.00 jestem tylko dla nich. Często idę z dziećmi na podwórko i plac zabaw, gdzie wspólnie się bawimy. Gramy w klasy, skaczemy przez skakankę, bawimy się w chowanego, uczę Nataszę i Maksia jazdy na rowerze. To jest mój czas dla nich. Wtedy nie sprawdzam wiadomości na portalu społecznościowym i nie odbieram telefonów. Oczywiście, mam przy sobie komórkę, jednak tylko na wypadek, gdyby trzeba było gdzieś zadzwonić. Nie rozumiem rodziców, którzy zamiast spędzać te chwile z dzieckiem, siedzą na ławce z nosem w smartfonie czy tablecie. Dopiero gdy dzieci idą spać, siadam jeszcze do swoich obowiązków. Taki schemat dnia wypracowaliśmy wspólnie z Izą i wierzymy, że jest dobry. Dużo o tym ostatnio mówiłem podczas inauguracji kolejnej odsłony projektu Podwórko Talentów Nivea 2017. Tego typu rozwiązania czy triki idealnie się w mojej rodzinie sprawdzają i polecam je każdemu.

Jest pan jedynakiem. Jakie to uczucie być ojcem dwójki dzieci? Czy pozwala im pan na wszystko, nie bacząc na konsekwencje, czy woli mieć nad nimi kontrolę? Bardziej troskliwy tatuś czy surowy ojciec z zasadami?

Kluczem do sukcesu jest wypośrodkowanie. Ani pełna wolność, ani klosz. Natasza i Maks są wychowywani w duchu pewnych zasad, których bardzo przestrzegamy. Gdy wspólnie jemy posiłek, to wiedzą, że nie jest to czas na bieganie i oglądanie telewizji. Zawsze razem po nim sprzątamy, odnosimy naczynia do zlewu, zasuwamy za sobą krzesła i mówimy „dziękuję”. Bajki puszczane są tylko wieczorem, jak dawniej, gdy i nam włączano dobranockę. Dzieci ścielą po sobie łóżka, każdy ma swoje małe obowiązki. Staramy się z żoną zapewniać Nataszy i Maksikowi mnóstwo atrakcji i ciekawych zajęć. Myślę, że wychowujemy je na ciekawych świata młodych ludzi. Nie bronimy im rozwijać umiejętności, które w sobie odkrywają. Gdy mają czas wolny, mogą wybrać zabawy ruchowe na świeżym powietrzu albo prace rozwijające ich inteligencję twórczą. Mocno angażujemy się w zabawę z nimi, bo to czas bezcenny, a relacje, jakie się między nami tworzą, są nie do przecenienia.

Jakie wartości przekazuje pan swoim dzieciom?

Najważniejszą wartością jest to, że jesteśmy rodziną. One team. Doceniamy się nawzajem. Razem z psem Niko tworzymy jedną drużynę. Nie jesteśmy tylko dla siebie – to druga wartość. Chcemy pomagać, być dla kogoś oparciem, umiemy podzielić się swoimi dobrami, razem się bawić i wspólnie spędzać czas. Trzecia wartość to umiejętność posługiwania się ważnymi dla nas słowami, takimi jak „proszę”, „dziękuję” czy „przepraszam”. Nie podnosimy na nikogo ręki, nie krzyczymy na siebie. To są takie zasady dobrego zachowania, które procentują.

Czy uważa pan, że w każdym z nas – dorosłym czy dziecku – drzemie jakiś talent?

To jest moja teoria. Uważam, że każdy z nas ma jakąś predyspozycję, jest obdarzony wybranym talentem. Niektórzy mają dar słuchu lub pięknego śpiewania, inni fantastycznie opowiadają czy piszą książki. Są tacy, którzy szybko biegają na długie lub krótsze odcinki, niektórzy czują się w wodzie jak ryba, inni świetnie dają sobie radę na wodzie, na łódkach. Wszystko zależy od naszych predyspozycji. Oczywiście, talent trzeba później rozwinąć, jednak najważniejsze, to odnaleźć go w sobie.

To dlatego już po raz drugi wsparł pan projekt Podwórko Talentów Nivea? W tym roku jego przesłaniem jest odkrywanie drzemiących w dzieciach umiejętności: sportowych, artystycznych i naukowych…

Projekt Nivea to jest coś fantastycznego. Nie trzeba było mnie długo namawiać, bym wsparł tę inicjatywę. Nivea z jednej strony chce zachęcić do prezentowania talentów, a z drugiej, poprzez budowę placów, chce pomóc je odkrywać. W tym celu w całej Polsce powstaną te niezwykłe podwórka. Dlaczego niezwykłe? Bo zostały zaprojektowane tak, by pomóc rozwijać pasje poprzez specjalnie zaprojektowane sprzęty, pobudzające zdolności poprzez zabawę. To rewelacyjne miejsca dla rodzin, które mogą w inspirujący sposób spędzić razem czas. Podwórka są bardzo ładne, estetyczne, a co najważniejsze funkcjonalne. Każdy szkrab znajdzie w nich coś dla siebie.

Zabawa z maluchami może być ogromną frajdą nie tylko dla dzieci. Jak najbardziej lubi pan spędzać z nimi czas?

Najbardziej lubię robić to, co oni sami sobie wybierają, bo to jest coś naturalnego. Podwórka Nivea składają się z całego szeregu elementów, stref, które dostosowane są do zainteresowań najmłodszych. Znajdziemy tu planetarium, urządzenia do gimnastyki i elementy techniczne pozwalające na konstruowanie, układanie czy malowanie. Wiele przyjemności dostarczają miejsca do zabaw ruchowych, wspinaczkowych czy rozwijających logiczne myślenie. Zawsze, gdy przychodzę z dzieciakami na plac zabaw, pozwalam im robić to, a co mają ochotę. Nigdy niczego nie narzucam. Mogę zaproponować huśtawki, piaskownicę czy zajęcia w ruchu, ale zawsze to one wybierają. To dla mnie sygnał, jakie ukryte talenty noszą w sobie moje dzieci. Oczywiście, namawiam je, by próbowały różnych zabaw, nawet jeśli początkowo nie czują się w nich zbyt mocno. Uczę je, że nie należy się poddawać po pierwszym razie.

W jaki sposób rodzice powinni zachęcać pociechy do odkrywania swoich talentów? Jak przekonać je, by porzuciły komputery na rzecz bardziej kreatywnych zajęć?

Powiem z autopsji, bo tak jest najprościej. Staramy się tak z Izą wychowywać dzieci, by umiały znajdować przyjemności i rozrywki w realnym życiu, z rówieśnikami, a nie siedząc przy komputerze. Mamy w domu zasadę, że telefony moje i żony to nasze urządzenia, a dzieci mogą z nich korzystać, tylko oglądając zdjęcia. Robimy ich sporo, mam je w specjalnych katalogach i często do nich wracamy, by przypomnieć sobie przyjemne chwile. Tablet zabieramy tylko w podróż. W nim dzieci mają wgrane gry edukacyjne czy inne rozwijające umysł programy, które umilają im drogę. W przyszłości Natasza pewnie dostanie telefon, ale nie będzie on służył do grania, tylko do komunikacji. Rozrywki, których dostarczają sprzęty elektroniczne, są fajne, ale trzeba z nich korzystać z umiarem.

Jak zachęcić dzieci do odkrycia swoich talentów? W każdym większym czy mniejszym mieście są domy kultury, które oferują różnego typu zajęcia dodatkowe. Natasza ostatnio została zapisana na lekcje pianina, razem z Maksem chodzą też na angielski i basen. Praktycznie codziennie po szkole czy przedszkolu mają godzinkę jakiś dodatkowych zajęć, a gdy wracają do domu, nie ma mowy, by szły do swojego pokoju na komputer. Ten czas spędzają z nami, na wspólnych rozmowach czy zabawach. Zabieramy je na wycieczki za miasto, poszukujemy skarbów w ogrodzie czy pobliskim parku. Chętnie też uprawiamy sport, który każdego ładuje pozytywną energią. To jest mój sposób na aktywność z dziećmi.

Takie podejście wymaga od rodziców dobrej organizacji pracy. Jeśli nie poświęcamy dzieciom wystarczającej uwagi, nie miejmy żalu, że one szukają rozrywki na ekranie smartfona czy w grze komputerowej. Ja czerpię przyjemność z bycia razem, ładuję się przy tym ultrapozytywnie i po prostu miło spędzam czas. Nie mówię, że jest to proste, ale warto się nad takim zachowaniem pochylić. Moja rodzina już się do tego przyzwyczaiła i docenia te wspólne chwile. Szczerze polecam.

Myślę, że wyjątkową aktywnością scalającą rodzinę jest gotowanie. Nie porzucił pan zupełnie sportu, więc domyślam się, że zdrowy tryb życia jest w pana domu istotny. Jaka kuchnia u państwa dominuje? Czy dzieci pomagają w gotowaniu?

To jest bardzo fajny temat, dobrze że go pani podjęła. Kuchnia wpływa na nasze zdrowie i kształtuje, kim jesteśmy. I jak pani wspomniała – wspaniale integruje rodzinę. Ja do gotowania nie jestem pierwszy, Iza świetnie się w tym sprawdza, jednak każdy próbuje jej w czymś pomóc. Maks świetnie obiera jarzyny, rozbija jajka na jajecznicę. Natasza rozkłada talerze i sztućce. O dietę owszem dbamy, ale nie mamy jakiś specjalnych restrykcji. Jemy różnorodnie. Na śniadanie zjadamy własnoręcznie przygotowane musli, czyli owsiankę z owocami i orzechami. Dzieciaki za nią przepadają. Unikamy natomiast czekoladowych kulek czy podobnych pudełkowych płatków. Często raczymy się jajecznicą ze świeżymi warzywami. Jemy też dużo nabiału. Na obiad jest ryba albo jakieś zbilansowane danie. Przepadamy za zupami. Raz w tygodniu podawane jest czerwone mięso w postaci steku, bo to jest czyste białko, które jest potrzebne do zdrowego rozwoju. Unikamy słodyczy. Na nie pozwalamy sobie w weekend, w postaci gofrów czy lodów. Dzieci oczywiście podjadają coś nie coś, ale staramy się to kontrolować. Pijemy dużo soków, sami je robimy, używając sokowirówki. Maks uwielbia wrzucać przygotowane owoce i warzywa do maszyny i patrzeć, jak wypływa z dzióbka kolorowy napój. Wszyscy się tym opijamy. Unikamy jedzenia typu fast food, hamburgery czy hot dogi to rzeczy, bez których jesteśmy w stanie żyć. Nasza kuchnia to nie jest żaden reżim, tylko zdrowe odżywianie. Mało chorujemy, nie mamy nadwagi i lekko się czujemy. Tyle albo aż tyle.

Wspomniał pan, że lubi z rodziną oglądać zdjęcia na tablecie. Domyślam się, że sporą część zajmują fotografie z przeróżnych rodzinnych wypraw. Jako sportowiec zwiedził pan cały świat. Czy jakieś miejsce jest panu szczególnie bliskie? Gdzie lubi pan jeździć z rodziną?

Najlepiej czuję się w domu. Bardzo cenię Trójmiasto, a zwłaszcza Sopot, w którym mieszkamy. To miasto dostarcza nam wielu cudownych przeżyć. W ogóle lubię Polskę. Czyż nie piękne są nasze góry, lasy, piaszczyste plaże czy chociażby Kaszuby? To miejsca, w których latem czy jesienią jest co podziwiać i rodzinnie spędzać czas. Chwalę sobie też wyspy – Majorkę, Sardynię czy te bardziej odlegle, jak Nowa Zelandia. Uwielbiam też pływać na swoim jachcie po jeziorach i morzach. Wokół mnie cisza i spokój, wtedy jestem w swoim żywiole i nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba.

Jakie kierunki w Polsce polecałby pan na rodzinne letnie wypady? Czy Akademia Kusznierewicza, której jeden z ośrodków mieści się na Mazurach, to miejsce, gdzie rodziny znajdą propozycje dla siebie?

Klub Mila Kamień koło Rucianego-Nidy nad jeziorem Bełdany to wspaniale miejsce na odpoczynek. Podczas wakacji organizowany jest tak zwany obóz rodzinny, podczas którego dzieci uczestniczą w zajęciach żeglarsko-rekreacyjnych, a towarzyszący im rodzice mogą skorzystać z szerokiej oferty szkoleń żeglarskich i nie tylko. Ostatnio zakochałem się we Wrocławiu, który odwiedziliśmy podczas weekendu majowego. To fantastyczne miasto.

Pewnie dzieci były zachwycone poszukiwaniami krasnali?

Oczywiście! Wie pani, ile zrobiły kilometrów w tym czasie? Jestem przekonany, że nigdy nie pokonałyby tylu, gdyby nie ta wrocławska rozrywka. Całe dnie na świeżym powietrzu i ta radość w oczach dzieci, gdy odkrywały kolejne skrzaty. Polecam też zoo z afrykarium – Natasza była zachwycona oceanarium, a także kojarzącym się z arką Noego budynkiem, w którym podziwialiśmy między innymi hipopotamy, pingwiny czy krokodyle. Odwiedziliśmy też Kolejkowo, które mieści się na terenie wrocławskiego Dworca Świebodzkiego. To ogromna makieta kolejowa przedstawiająca perełki Dolnego Śląska.

Rewelacyjnie spędzone dni…

Oj, tak. Lubię też z rodziną wyjechać w dziką głuszę na Mazury czy Kaszuby. Często łączymy to ze spływem kajakowym i noclegami pod namiotem. Lubimy też wypożyczyć kampera czy skorzystać z bogatej oferty domków letniskowych. Zdecydowanie wolimy wypoczywać w ten sposób niż nocować w hotelach o wysokim standardzie.

Jakie ma pan plany na najbliższe miesiące? 

Przede mną starty regatowe oraz sporo wyjazdów służbowych i spraw związanych z planowanym rejsem dookoła świata. Wakacje chcę spędzić w Polsce, dzieląc czas między pracę a rodzinę. Liczę, że lato będzie bardziej łaskawe niż wiosna i uda nam się fantastycznie wykorzystać ten okres na rodzinne aktywności.

Czego panu życzyć?

Uśmiechu, radości i szczęścia. I zdrowia, bo ono jest bardzo ważne.

Dziękuję za rozmowę.

 Magazyn Wesele 2/46/2017

Rozmawiała: Justyna Abdank-Kozubska

Share

PARTNERZY MAGAZYNU WESELE

        lace front wigs carport kits  UNIQUE wedding dresses                   
Share

O MAGAZYNIE